Wednesday, December 17, 2008

Syria

Bo ktoś mnie w końcu zmotywował do napisania tego posta, dzięki;] Chyba najlepiej mi się piszę po nocach. Jestem chory, a myślałem, że uda mi się jako jedynemu z naszego grona przetrwać bez infekcji, ale niestety dołączyłem do grona niewyraźnych [ale już jest lepiej]. Oprócz Syrii, to był jeszcze Hatay, czyli miasto na samym końcu południowej Turcji. Zaprosiła nas tam Bibi [b mi nie wchodzi na klawiaturze, to wina popcornu z nocy wczorajszej], koleżanka Tosi z pokoju. Po piętnastogodzinnej podróży nie zważałem na piękne widoki okolic, tylko poszedłem w kimę. Po kilku godzinach obudził mnie zapach pysznego obiadu. W ogóle jedzenie będzie motywem przewodnim tego posta. Rodzina B. [żeby nie używać więcej "b", ale użyłem właśnie ich więcej, niż gdybym nie był tak nadgorliwy i posłużył się pełnym imieniem] okazała się bardzo miła. Szukałem jakiegoś bardziej wyszukanego słowa, ale nie znalazłem, trudno. Karmili nas tam, że łoohoo, pierwszy raz nie mogłem zjeść do końca mojego ukochanego kunefe. Po tym jakże miłym, śródziemnomorskim akcencie [aha, moczyłem się też w morzu] zaczęliśmy przekraczać granicę... wiadomo jaką. Żadnych problemów nie było, dojechaliśmy autobusem do Aleppo. Gdybyśmy jechali nim dalej do Damaszku, to mielibyśmy wypadek... no ale nie jechaliśmy. W Allepo było zimno i pada i zimno i pada więc wzięliśmy pociąg do Damaszku, plując sobie w brody, że od razu nie pojechaliśmy tym autobusem. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze o wywrotce. Bilet do Szam [syryjska nazwa] kosztował niecałe 1,5$ za 6,5h podróży.

[edited 25.12.2008 13.49]

Nie wiem czy opisywanie całej wyprawy po kolei jest dobrym pomysłem. Pewnie Was zanudzę, sprawię że ziewniecie i zamkniecie stronę. Powiem tylko, że zwiedziliśmy Syrię z północy na południe i ze wchodu na zachód, zahaczając o takie miasta jak: Allepo, Damaszek, Mallula, Palmira, Homs,Tartus, Hama. Ale nie trasa jest najważniejsza. Istotne to co się tam wydarzyło, co zobaczyłem. Niestety nadal nie mogę wrzucić wszystkich zdjęć nad czym ubolewam, ale postaram się wkrótce naprawić ten problem [techniczny, więc ode mnie niezależny]. Przede wszystkim Syria bije na głowę Turcję jeśli chodzi o gościnność. To co tam się dzieje to bania mała! Każdy zaprasza do domu, "Welcome to Syria" etc. Byliśmy nawet na Syryjskich zaręczynach, zostaliśmy wciągnięci w tłum, tańczyliśmy, później zaproszono nas do domu, dziewczyny do henny, panowie na arabską kawę do drugiego pokoju. Żałuję trochę, że nasza wyprawa nie była bardziej "dzika", na stopa, bez zaplanowanych hoteli, bez kasy itp. Wtedy jeszcze bardziej mógłbym poznać syryjskie realia. Ale i tak było świetnie, spotkaliśmy się z Ziadem, nauczycielem na wrocławskim SWPS, który uczy arabskiego. Urodził się w Syrii, ale wykłada jeszcze w Jordanii, Polsce no i oczywiście u siebie. Pojechaliśmy z nim do Hama, miasta gdzie znajduje się jeden z najlepszych uniwersytetów w kraju. Poziom nauczania w liceum jest tu średni w skali światowej. Czyli lepszy niż w USA, porównywany z Polskim. Maturę mają z 12 przedmiotów, jak jednego nie zdasz to powtarzasz całą jeszcze raz. Syria jest biedna, to widać. Ceny są bardzo niskie, hotele w cenie 5,6 $. Młodzi chłopcy biegają po ulicach, ich fryzury z nałożonym żelem i zapuszczone meszkiem wąsy sprawiają, że wyglądają jak dorośli. Dziwne, ale co mnie jeszcze może zdziwić po Turcji? Nie wiem. Wiem za to, że przyjadę tam jeszcze na bank. W przyszłym roku. Wtedy zaatakujemy jeszcze Liban i Jordanię [jeśli wcześniej nie będą atakowane]. Tymczasem kończę, popijając herbę w John's cafe. Mieszkam teraz u znajomych przez kilka dni, zmęczyły mnie już zasady w akademiku. No, ale o tym później. Wczoraj spadł pierwszy śnieg...

1 comment:

barbara said...

oddany? Misz, Ty się nikomu nie oddawaj, bo Nam cie potem nie zwrócą:)
Też Cie kocham.