Sunday, December 28, 2008

wigilia i sylwester

Po świętach. Bardzo miłych mimo wszystko w tym roku. W 18 osób, w jednym ze stambulskich mieszkań odbyła się polska wigilia. Z dwiema Litwinkami, ale to bracia przecież [siostry raczej]. Przyjechała mama jednej z koleżanek, przywiozła trochę polskiego żarcia, na dodatek każdy z nas miał przygotować coś. Od nas każdy dostał po krokiecie. W sumie było więcej niż 12 potraw, najadłem się jak nigdy. Rodzinnie także było, ale łza mi nie pociekła, twardym trzeba być, nie mientkim. Jeszcze 19 dni...

Nazajutrz odbył się obiad świąteczny na Yeditepe University, najadłem się jak nigdy (2). Dużo rodzin do erazmusów przyjechało, międzynarodowo więc było. I alkoholowo [gdzie na polskim uni byłoby do pomyślenia serwować studentom alkohol... i to za darmo!]. Po obiedzie nadszedł czas na zabawy w mieszkaniu u Oli i Kingi... już nigdy więcej nie spróbuje tego świństwa, przez 4 godziny siedziałem nagi na balkonie, płacząc... [ok, poniosła mnie trochę fantazja literacka, zgubiłem tylko aparat, zorientowałem się po 2 dniach, ale już się odnalazł, wszystko w porządku]

Sylwester zapowiada się szampańsko. Yeditepe [chwalmy go jak boga!] organizuje rejs statkiem po Bosforze z przystankiem na oglądanie fajerwerków. Przystanek raczej nie będzie potrzebny bo zewsząd będzie je widać. Szykuje się też niezła ekipa, koło 200 osób, prawie sami erazmusi. Ciekawe na którym kontynencie przywitam nowy rok. No nic, będziemy mierzyć linijko;]

ps: są już zdjęcia z Hatay i Syrii!

Wednesday, December 17, 2008

Syria

Bo ktoś mnie w końcu zmotywował do napisania tego posta, dzięki;] Chyba najlepiej mi się piszę po nocach. Jestem chory, a myślałem, że uda mi się jako jedynemu z naszego grona przetrwać bez infekcji, ale niestety dołączyłem do grona niewyraźnych [ale już jest lepiej]. Oprócz Syrii, to był jeszcze Hatay, czyli miasto na samym końcu południowej Turcji. Zaprosiła nas tam Bibi [b mi nie wchodzi na klawiaturze, to wina popcornu z nocy wczorajszej], koleżanka Tosi z pokoju. Po piętnastogodzinnej podróży nie zważałem na piękne widoki okolic, tylko poszedłem w kimę. Po kilku godzinach obudził mnie zapach pysznego obiadu. W ogóle jedzenie będzie motywem przewodnim tego posta. Rodzina B. [żeby nie używać więcej "b", ale użyłem właśnie ich więcej, niż gdybym nie był tak nadgorliwy i posłużył się pełnym imieniem] okazała się bardzo miła. Szukałem jakiegoś bardziej wyszukanego słowa, ale nie znalazłem, trudno. Karmili nas tam, że łoohoo, pierwszy raz nie mogłem zjeść do końca mojego ukochanego kunefe. Po tym jakże miłym, śródziemnomorskim akcencie [aha, moczyłem się też w morzu] zaczęliśmy przekraczać granicę... wiadomo jaką. Żadnych problemów nie było, dojechaliśmy autobusem do Aleppo. Gdybyśmy jechali nim dalej do Damaszku, to mielibyśmy wypadek... no ale nie jechaliśmy. W Allepo było zimno i pada i zimno i pada więc wzięliśmy pociąg do Damaszku, plując sobie w brody, że od razu nie pojechaliśmy tym autobusem. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze o wywrotce. Bilet do Szam [syryjska nazwa] kosztował niecałe 1,5$ za 6,5h podróży.

[edited 25.12.2008 13.49]

Nie wiem czy opisywanie całej wyprawy po kolei jest dobrym pomysłem. Pewnie Was zanudzę, sprawię że ziewniecie i zamkniecie stronę. Powiem tylko, że zwiedziliśmy Syrię z północy na południe i ze wchodu na zachód, zahaczając o takie miasta jak: Allepo, Damaszek, Mallula, Palmira, Homs,Tartus, Hama. Ale nie trasa jest najważniejsza. Istotne to co się tam wydarzyło, co zobaczyłem. Niestety nadal nie mogę wrzucić wszystkich zdjęć nad czym ubolewam, ale postaram się wkrótce naprawić ten problem [techniczny, więc ode mnie niezależny]. Przede wszystkim Syria bije na głowę Turcję jeśli chodzi o gościnność. To co tam się dzieje to bania mała! Każdy zaprasza do domu, "Welcome to Syria" etc. Byliśmy nawet na Syryjskich zaręczynach, zostaliśmy wciągnięci w tłum, tańczyliśmy, później zaproszono nas do domu, dziewczyny do henny, panowie na arabską kawę do drugiego pokoju. Żałuję trochę, że nasza wyprawa nie była bardziej "dzika", na stopa, bez zaplanowanych hoteli, bez kasy itp. Wtedy jeszcze bardziej mógłbym poznać syryjskie realia. Ale i tak było świetnie, spotkaliśmy się z Ziadem, nauczycielem na wrocławskim SWPS, który uczy arabskiego. Urodził się w Syrii, ale wykłada jeszcze w Jordanii, Polsce no i oczywiście u siebie. Pojechaliśmy z nim do Hama, miasta gdzie znajduje się jeden z najlepszych uniwersytetów w kraju. Poziom nauczania w liceum jest tu średni w skali światowej. Czyli lepszy niż w USA, porównywany z Polskim. Maturę mają z 12 przedmiotów, jak jednego nie zdasz to powtarzasz całą jeszcze raz. Syria jest biedna, to widać. Ceny są bardzo niskie, hotele w cenie 5,6 $. Młodzi chłopcy biegają po ulicach, ich fryzury z nałożonym żelem i zapuszczone meszkiem wąsy sprawiają, że wyglądają jak dorośli. Dziwne, ale co mnie jeszcze może zdziwić po Turcji? Nie wiem. Wiem za to, że przyjadę tam jeszcze na bank. W przyszłym roku. Wtedy zaatakujemy jeszcze Liban i Jordanię [jeśli wcześniej nie będą atakowane]. Tymczasem kończę, popijając herbę w John's cafe. Mieszkam teraz u znajomych przez kilka dni, zmęczyły mnie już zasady w akademiku. No, ale o tym później. Wczoraj spadł pierwszy śnieg...

Friday, November 28, 2008

słowotok

Tego już za wiele. Trzeba przysiąść i napisać. Dzisiaj był ciężki dzień. Każde zdanie jest czterosłowne. Dłużej tak nie mogę. Pisałem dziś dwa egzaminy. A jutro kolejna prezentacja. Jeszcze pakowanie i wyjeżdżam. Ok, to jest słabe:)

Co się działo... kurde, nie pamiętam. Z każdym postem coraz trudniej mi sobie przypomnieć co zaszło, może dlatego, że zachodzi coraz więcej. Tak czy inaczej piszę w końcu, jestem z Wami... o kurcze, właśnie zapomniałem, że dzisiaj Barbary (no, ale już życzenia złożone).

Byłem w Safranbolu i Amasrze (chyba tak to się odmienia). Morze Czarne jest najlepsze! Zdjęcia już jakiś czas temu dodałem na picasie. Wycieczka szkolna była przednia, w drodze powrotnej cały autobus tańczył i byliśmy niegrzeczni, ale kierowca okazał się misiem pysiem i nie naskarżył rektorowi.

Kolejna osoba, której czerwone dywany rozwijać się powinno (zabrzmiało trochę jak z "Ogniem i mieczem", nie?) gdziekolwiek się ruszy to Burcin (pseudonim burczymucha). Nie dość, że zawsze możemy wpaść do niej do biura w przerwie między zajęciami, napić się herbaty tudzież wody z dystrybutora, to jeszcze załatwia nam wypad na miacho do trzech największych zabytków w Stambule za darmoszkę, proszę ja Was. Normalnie musielibyśmy zapłacić jakieś 60 lir (teraz już wiem jak powinno się to odmieniać - rychło w czas). Impreza (sorpreza jak kto woli) udana, lecz brakiem odzieży wierzchniej zaniepokoiwszy, myślami byłem tylko w moim łóziu (specjalna dedykacja dla dziołchy ze Ślonska - Tosia, wiem że uwielbiasz zdrobnienia!)

W międzyczasie wiele przyjęć międzynarodowych odwiedzając, zebrało mi się na przemyślenia, czy nie ostać się tu na dłużej. Jak widzicie ankietę ową wykasowałem, głupotą nieludzką była ona, możecie więc też wnioskować, iż w niedługim czasie odwiedzę miasto Wrocław. Odwiedzę je w styczniu, w drugiej połowie stycznia, a dokładnie szesnastego stycznia. Pozwoliłem sobie na tę odważną deklarację, gdyż nabyłem bilet dziś lotniczy metodą kupna, ale nie takiego normalnego, tylko w internecie.

W przyszłości Damaszek zamiar mam zwiedzić. To nie żarty, takie życie. Człowiek musi trochę świata w końcu liznąć. Internetu tam nie uraczę, więc kolejne łączenie pewnie koło 15go grudnia odbędzie się.

Nic tak nie cieszy, jak dobrze napisany post, niczym odrobione zadanie domowe z tureckiego na czas, jak widok skulonych śpiących psów przed witrynami sklepów. Pamuka skończyć czas, będzie mi się śnił po nocach jego srogi wzrok. A Ataturk niech żyje, żyje nam, mi on tam nie przeszkadza.

ps: sorry;]

Tuesday, November 4, 2008

bez dyziunku;]

Tytuł wyjaśnię później. Przepraszam no... żałuję, żałuję, żałuję! Ale naprawdę nie miałem natchnienia i okazji napisać wcześniej. Siedzę sobie przy prawie posprzątanym biurku, piję kawę po 40 godzinach niespania (dziwne słowo). Ciężko jest zebrać do kupy wszystkie te rzeczy, po prostu się dzieje.

Jakiś czas temu byliśmy w Bursie, mieścinie (1,5 mln mieszkańców) oddalonej od Stambułu o ok. 250 km. na południe. Podobno to najbardziej zielone miasto w Turcji. Położone na pograniczu gór i równiny, 25km. od Morza Marmara. Odwiedziłem tam Hamam czyli łaźnię z masażem - było mega. Później przyszedł czas na rzecz, która obudziła (bo to we mnie było, tylko spało, drzemało...) duszę stadionowego huligana - Beşiktaş!!! Na ligowym meczu zebrało się 35 tysięcy ludzi, głównie mężczyzn. Na początku bałem się, że w ryj dostać mogę, lecz po chwili obawy me "zniknęły jak Gabriel Fleszar z polskiej sceny" (copyrights by Piter&Misza). Jedynym incydentem było rzucenie buta na stadion - złoczyńczę aresztowano, a Beşiktaş zremisował z Sivasspor 1:1.

Wiecie, że piszę tego posta już trzeci dzień? Ale bez spiny.

Co dalej? Imprezy? Przez grzeczność nie zaprzeczę. Ala z Michałem wpadli na weekend do Stambułu, trzeba było to jakoś uczcić - w Riddim Club (wątpliwa na maxa ta miejscówa, piwo po 20zł). Później była erazmusowska, hippisowska bibka na Taksim - chyba tylko nasza paczka się przebrała, ale było miiiiło:) W planach mieliśmy także wspinanie na skałkach w okolicach Stambułu, ale tak się rozpadało, że musieliśmy zrezygnować.

W międzyczasie odbywały się zajęcia na naszym bogatym uniwersytecie, na których moja frekwencja nie spada poniżej 90% (zobaczymy jak będzie dalej). Z uwagi na brak jakichś nadzwyczajnych wydarzeń w tym temacie, nie będę się rozpisywał.

I nadszedł czas na Izmir. Gorący "więcej niż weekend" w przepięknym miejscu nad Morzem Egejskim. Zwaliliśmy się do mieszkania Ali w 7 osób - chyba jakoś to przeżyła, choć do tej pory się do mnie nie odezwała. Pierwszego dnia zrobiliśmy wstępny scanning okolicy - miasto położone jest w zatoce, więc choćbyś się zesrał to do morza zewsząd masz blisko. Następnego dnia nie zapomnę nigdy. Okazało się, że w miejscowym klubie siatkarskim gra Piotr Gruszka! Nie myśląc długo (no dobra, miałem jeszcze do wyboru nurkowanie w Cesme) zdecydowaliśmy z Magdą i Pawłem, że idziemy na mecz. Bilet kosztował 2 liry, Arkas Izmir wygrał 3:0, a po meczu podszedł do nas Piotrek i powiedział: "Słuchajcie, może skoczymy coś zjeść, a później na piwo"?. Siedzieliśmy nad morzem do późna i rozmawialiśmy o olimpiadzie, klubie, jego planach na przyszłość i słuchawkach Sennheisera (mam dowody na picasie!). Dzień później zwiedzaliśmy Efez. Starożytne greckie miasto nie powaliło mnie na nogi, ale trzeba przyznać, grecy to mieli w głowie poukładane. Następnym punktem wycieczki (z naszym super panem przewodnikiem aka "would you like to buy some souvenires?") była wioska Sirince. Oprócz starej, tradycyjnej, tureckiej zabudowy mogliśmy degustować wina owocowe. Tego samego dnia cała ekipa wróciła do Stambułu. Oprócz mnie. Postanowiłem skorzystać z dnia wolnego od zajęć i wybrałem się z A. i M. na ich uczelnię - Yasar University. W porównaniu z ich kampusem, nasz kampus to osada. Byłem nawet na zajęciach "Food and beverage management". Ciekawie, ale bez wodotrysków. Następnego dnia rano byłem już w Stambule.

A o co chodzi z tym "bez dyziunku"? To znaczy tyle samo co "bez spiny". Stworzone lub zasłyszane przez mistrza słowotwórstwa, Michała Zielińskiego.

Nie wiem dlaczego, ale pisanie idzie mi strasznie opornie. Wiem, że to nie jest mój dzień. Wiem, że to nie jest szczyt mojej formy bloggerskiej. Ale wiem też jedno - jesteście moi(!), czekacie na kolejne niusy znad Bosforu bardziej niż na oficjalne wyniki wyborów w Stanach (jak to powiedział wczoraj Kamil Durczok: "w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej" czyli w skrócie USNA). Także nie będę już przedłużał, skończę jak przystało na prawdziwego tureckiego sędziego - po czasie.

PS: W planach na najbliższe dwa weekendy wyjazdy do Safranbolu, Amasry i Polonezkoy. Bilety do Syrii już kupione, tylko za co ja teraz zjem obiad?