Tuesday, November 4, 2008

bez dyziunku;]

Tytuł wyjaśnię później. Przepraszam no... żałuję, żałuję, żałuję! Ale naprawdę nie miałem natchnienia i okazji napisać wcześniej. Siedzę sobie przy prawie posprzątanym biurku, piję kawę po 40 godzinach niespania (dziwne słowo). Ciężko jest zebrać do kupy wszystkie te rzeczy, po prostu się dzieje.

Jakiś czas temu byliśmy w Bursie, mieścinie (1,5 mln mieszkańców) oddalonej od Stambułu o ok. 250 km. na południe. Podobno to najbardziej zielone miasto w Turcji. Położone na pograniczu gór i równiny, 25km. od Morza Marmara. Odwiedziłem tam Hamam czyli łaźnię z masażem - było mega. Później przyszedł czas na rzecz, która obudziła (bo to we mnie było, tylko spało, drzemało...) duszę stadionowego huligana - Beşiktaş!!! Na ligowym meczu zebrało się 35 tysięcy ludzi, głównie mężczyzn. Na początku bałem się, że w ryj dostać mogę, lecz po chwili obawy me "zniknęły jak Gabriel Fleszar z polskiej sceny" (copyrights by Piter&Misza). Jedynym incydentem było rzucenie buta na stadion - złoczyńczę aresztowano, a Beşiktaş zremisował z Sivasspor 1:1.

Wiecie, że piszę tego posta już trzeci dzień? Ale bez spiny.

Co dalej? Imprezy? Przez grzeczność nie zaprzeczę. Ala z Michałem wpadli na weekend do Stambułu, trzeba było to jakoś uczcić - w Riddim Club (wątpliwa na maxa ta miejscówa, piwo po 20zł). Później była erazmusowska, hippisowska bibka na Taksim - chyba tylko nasza paczka się przebrała, ale było miiiiło:) W planach mieliśmy także wspinanie na skałkach w okolicach Stambułu, ale tak się rozpadało, że musieliśmy zrezygnować.

W międzyczasie odbywały się zajęcia na naszym bogatym uniwersytecie, na których moja frekwencja nie spada poniżej 90% (zobaczymy jak będzie dalej). Z uwagi na brak jakichś nadzwyczajnych wydarzeń w tym temacie, nie będę się rozpisywał.

I nadszedł czas na Izmir. Gorący "więcej niż weekend" w przepięknym miejscu nad Morzem Egejskim. Zwaliliśmy się do mieszkania Ali w 7 osób - chyba jakoś to przeżyła, choć do tej pory się do mnie nie odezwała. Pierwszego dnia zrobiliśmy wstępny scanning okolicy - miasto położone jest w zatoce, więc choćbyś się zesrał to do morza zewsząd masz blisko. Następnego dnia nie zapomnę nigdy. Okazało się, że w miejscowym klubie siatkarskim gra Piotr Gruszka! Nie myśląc długo (no dobra, miałem jeszcze do wyboru nurkowanie w Cesme) zdecydowaliśmy z Magdą i Pawłem, że idziemy na mecz. Bilet kosztował 2 liry, Arkas Izmir wygrał 3:0, a po meczu podszedł do nas Piotrek i powiedział: "Słuchajcie, może skoczymy coś zjeść, a później na piwo"?. Siedzieliśmy nad morzem do późna i rozmawialiśmy o olimpiadzie, klubie, jego planach na przyszłość i słuchawkach Sennheisera (mam dowody na picasie!). Dzień później zwiedzaliśmy Efez. Starożytne greckie miasto nie powaliło mnie na nogi, ale trzeba przyznać, grecy to mieli w głowie poukładane. Następnym punktem wycieczki (z naszym super panem przewodnikiem aka "would you like to buy some souvenires?") była wioska Sirince. Oprócz starej, tradycyjnej, tureckiej zabudowy mogliśmy degustować wina owocowe. Tego samego dnia cała ekipa wróciła do Stambułu. Oprócz mnie. Postanowiłem skorzystać z dnia wolnego od zajęć i wybrałem się z A. i M. na ich uczelnię - Yasar University. W porównaniu z ich kampusem, nasz kampus to osada. Byłem nawet na zajęciach "Food and beverage management". Ciekawie, ale bez wodotrysków. Następnego dnia rano byłem już w Stambule.

A o co chodzi z tym "bez dyziunku"? To znaczy tyle samo co "bez spiny". Stworzone lub zasłyszane przez mistrza słowotwórstwa, Michała Zielińskiego.

Nie wiem dlaczego, ale pisanie idzie mi strasznie opornie. Wiem, że to nie jest mój dzień. Wiem, że to nie jest szczyt mojej formy bloggerskiej. Ale wiem też jedno - jesteście moi(!), czekacie na kolejne niusy znad Bosforu bardziej niż na oficjalne wyniki wyborów w Stanach (jak to powiedział wczoraj Kamil Durczok: "w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej" czyli w skrócie USNA). Także nie będę już przedłużał, skończę jak przystało na prawdziwego tureckiego sędziego - po czasie.

PS: W planach na najbliższe dwa weekendy wyjazdy do Safranbolu, Amasry i Polonezkoy. Bilety do Syrii już kupione, tylko za co ja teraz zjem obiad?

7 comments:

Unknown said...

Człowieku, widzę, że szalejesz na maksa, ale dobrze korzystaj, w końcu wspomnień Ci nikt nie zabierze :) Widzę bardzo duży wpływ "Carpe Diem" na Twoje życie... to BARDZO DOBRZE, oby tak dalej, a tymczasem trzymaj się i powodzenia!!! :) POZDRAWIAM!

barbara said...

Ty pisałeś 3dni, a ja czytałam 7...joke.
Miło Cie znów usłyszeć Miszaczu.Twoj post wywołał na mojej twarzy dawno niewidziany szczery usmiech.
Teskno mi za Tobą, ale w związku z tym baw sie za nas dwoje;]
pozdrawiam

Anonymous said...

uściski Miszka:) "ty normalnie to crejzol jesteś" wracajcie szybko wszyscy ze swoimi wspomnieniami bo tu piffko się chłodzi na stacji benzynowej:)

Przy okazji bez okazji zapraszam na moją raczkującą stronkę http://web.me.com/offca/Site/Welcome.html

barbara said...

Misz...co to za badziewna ankietka?!
czlowieku, czujesz sie tam jak ryba w wodzie, brylujesz wśród(mieściu) panów, to zostań na drugi semestr. Będzie nam tęskno, ale Twoja szansa i pół roku dłuzej w raju..może na wakacje nawet uda Ci się tam jakoś zahaczyć. U never know...pozdrawiam.

solidmada said...

Jak dopadnę jutro skype, to Cię dopadnę:> i sprawdzę, czy humor się nadal utrzymuje na poziomie podwyższonym...z czeog się niezmiernie cieszę.

barbara said...

Misz...u nas wczoraj spadł pierwszy śnieg;]
a tu puuuuustki...tydzien ponad tu nie zagladałam i nic sie nie ruszyło.

Anonymous said...

a to ten co trenowal przed rzutem butem w busza?